morskie oko historia prawdziwa
Morskie Oko to jedno z najpopularniejszych miejsc w Tatrach. Trudno się dziwić – jest tu wyjątkowo pięknie o każdej porze roku. Ale Morskie Oko jest nie tylko malownicze. Może też niejednym was zaskoczyć! Zebraliśmy 11 najciekawszych faktów i najdziwniejszych opowieści o Morskim Oku. Czy faktycznie ma coś wspólnego z morzem?
Morskie Oko ( Kąpielisko Rodzinne, niem. Familienbad) – dawne kąpielisko nad Morzem Bałtyckim w Kołobrzegu, położone na plaży przy Parku im. Stefana Żeromskiego (zdrojowym), na przedłużeniu dzisiejszej ulicy Ściegiennego. Zlokalizowane na terenie Dzielnicy Uzdrowiskowej .
Pałac Franciszka Szustra – pałac znajdujący się w Parku Morskie Oko, przy ulicy Morskie Oko 2 (dawny adres: ulica Puławska 55/57). Pałac powstał z inicjatywy księżnej Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej i Stanisława Lubomirskiego we wsi Mąkotów w miejscu wcześniejszego, zniszczonego dworu Burbacha. Teren formalnie stał się własnością Lubomirskich dopiero w 1779 roku
890 K views, 2,8 K likes, 436 loves, 417 comments, 7,3 K shares, Facebook Watch Videos from Niebieski: MORSKIE OKO 3 HISTORIA PRAWDZIWA Kto się wybiera
Morskie Oko znane jest chyba każdemu Polakowi. Niewiele jednak brakowało, by górskie jeziorko na zawsze znalazło się poza granicami Polski. 13 września 1902 roku, międzynarodowy trybunał wydał wyrok
Site De Rencontre Francais A Londres. Leśniczy Tatrzańskiego Parku Narodowego znad Morskiego Oka zaobserwował nad jeziorem ślady obecności niespotykanych tam zwierząt. Poobgryzane drzewa są ewidentnym dowodem na to, że nad słynnym stawem pojawiły się bobry. To prawdziwa nowość dla ostatnich latach w górach pojawiło się wiele dawno nie widzianych gatunków - orły, czarne bociany, rysie, a nawet dziki. Jak zapewnia Grzegorz Bryniarski, do zwierzęcych mieszkańców Tatr dołączyły bobry."Pierwszy raz widzę ślady bytowania nad Morskim Okiem"Grzegorz Bryniarski donosi, iż po raz pierwszy w historii bobry przywędrowały nad Morskie Oko. Wcześniej pojawiały się w tym rejonie wyłącznie na niższych płaszczyznach - w Dolinie Roztoki czy na Łysej obecności bobrów świadczą ścięte drzewa nad stawem, jednakże dotychczas przyrodnikom nie udało się zaobserwować zwierząt czy też złapać je na gorącym uczynku. Według przyrodnika to prawdopodobnie jeden młody osobnik, który zapędził się nad staw w poszukiwaniu nowych terytorium. Dodał, iż pierwsze ślady jego obecności zostały zaobserwowane 19 Na początku przypuszczaliśmy, to był jednorazowy wypad bobra w te rejony, jednak dalsze obserwacje wskazały, że próbuje się tu osiedlić - wyjaśnia pracownik TPN. Wzruszająca historia rannego zajączka. Dzieci i motornicza podjęli walkę z czasem o jego życieCZYTAJ DALEJPrzyrodnicza nowośćNa razie przyrodnicy nie są w stanie oszacować ile bobrów zamieszkuje TPN i skąd one przybyły, jednak będą sprawdzać, czy wzdłuż Rybiego Potoku nie ma kolejnych śladów bytności bobrów. Leśniczy zaznacza jednak, że zwierzęta te prawdopodobnie nie zadomowią się nad Morskim Okiem. Powodem jest niewystarczająca ilość preferowanych przez bobry drzew liściastych, co uniemożliwia im zbudowanie Nie sądzę, żeby bobry zadomowiły się na dobre nad Morskim Okiem. Musiałby zbudować tutaj żeremia. Będziemy dalej go obserwować - podsumowuje Grzegorz to zwierzęta objęte ścisłą ochroną gatunkową, a także jeden z niewielu gatunków zwierząt, który świetnie aklimatyzuje się do zmian w środowisku przyrodniczym dokonywanymi przez człowieka. W ostatnich latach w Polsce liczebność tych pracowitych, choć nieco szkodliwych zwierząt stale wzrasta. Jest ich tak wiele, że w niektórych regionach kraju powodują coraz większe szkody w rolnictwie i gospodarstwach rybnych. W ubiegłym roku tylko w województwie warmińsko-mazurskim oszacowane straty powodowane przez bobry wynosiły aż 3 miliony nagranie:Źródło: swoją wiedzę o gryzoniach!Pytanie 1 z 8Największym gatunkiem chomika jest...?Dołącz do nasJeśli chcesz przedstawić nam swojego pupila lub masz ciekawą historię związaną ze zwierzęciem do opowiedzenia, napisz do nas na redakcja@ Pamiętaj też o dołączeniu do naszej grupy na Facebooku, gdzie możesz spotkać innych miłośników zwierząt - Kochamy Zwierzęta. Bądź z nami!Hanna Lis opowiedziała o adopcji psa ze schroniska. „Ma swoje wady, ale i największe psie serce pod słońcem"Orka nie może pogodzić się ze stratą dzieci. Z rozpaczy uderza w ścianęKundelek został porzucony na łaskę losu. Miał być "złym psem"
18 lat temu pod Rysami doszło do jednej z największych tragedii w Tatrach. 28 stycznia 2003 potężna lawina porwała dziewięcioro uczestników wyprawy górskiej z I LO im. Kruczkowskiego w Tychach. Spotkanie z żywiołem przeżyła tylko jedna licealistka. 18 lat od największej tragedii pod Rysami 18 lat temu pod Rysami zginęło sześcioro licealistów, starszy brat jednego z nich i jeden z opiekunów. Ich nazwiska widnieją na tablicy pamiątkowej, która w pierwszą rocznicę tragedii zawisła na pamiątkowej tablicy w tyskim liceum. W lawinie zginęli: Ewa Pacanowska Artur Rygulski Szymon Lenartowicz Andrzej Matyśkiewicz Łukasz Matyśkiewicz Justyna Narloch Tomasz Zbiegień W wyniku obrażeń, 2,5 miesiąca po tragedii zmarł Przemysław Kwiecień. 28 stycznia 2003 był drugim dniem ferii zimowych i drugim dniem górskiej wycieczki licealistów pod opieką Mirosława Sz., nauczyciela geografii i szefa Uczniowskiego Klubu Sportowego "Pion". 27 stycznia Rysy zdobyła pierwsza grupa wyprawy, a drugiego w Tatry wyszła pozostała część wycieczki. Mimo drugiego stopnia zagrożenia lawinowego, nauczyciel, drugi opiekun, uczniowie i 22-letni brat jednego z nich, wyruszyli około siódmej rano z Morskiego Oka w kierunku szczytu. Cztery godziny później zeszła lawina. Żywioł porwał 9 osób, czwórka pozostałych uczestników wycieczki, w tym nauczyciel, przebywała ponad obrywem masy śnieżnej. Po tej tragedii szacowano, że masa spadającego śniegu wyniosła około 26 tys. ton, a czoło lawiny było wysokie na kilka metrów. Była to potężna fala, która schodząc spod szczytu zabrała wszystko, co stało na jej drodze. Uderzenie było tak silne, że roztrzaskało grubą pokrywę lodową Czarnego Stawu pod Rysami. List otwarty w sprawie tragedii pod Rysami z 2003 roku. Napisał go Jakub Matyśkiewicz. W lawinie zginęli dwaj jego bracia. Na początku 2019 roku sąd w Katowicach przyznał ojcu obu braci odszkodowanie. Miał je zapłacić nauczyciel, który organizował... "I nagle huk potężny, nie do opisania. Lawina" Michał Lubos, będący w grupie, która zdobyła Rysy pierwszego dnia wspominał w jednym z wywiadów tamte chwile: Kiedy wracaliśmy, tuż przed schroniskiem dwie czy trzy pary raków się zepsuły i śmialiśmy się, że następnego dnia nikt nie pójdzie na szczyt, bo nie będzie sprzętu. Nie było za pięknie, ale nie martwiliśmy się o kolegów, bo w górach pogoda zmienna jest i niekoniecznie ta sama w różnych miejscach. Kiedy my szliśmy przez Morskie Oko, to była mgła, a trochę dalej - czyste niebo. Tak to jest. Około dziesiątej wpadliśmy na pomysł, żeby wyjść kolegom naprzeciw. Poprzedniego dnia około południa byliśmy już w drodze powrotnej koło Czarnego Stawu, liczyliśmy więc, że gdy tam dojdziemy, to powinniśmy się spotkać. Około jedenastej byliśmy na miejscu, usiedliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie oni mogą być. Ktoś zauważył w górze malutkie punkciki. To byli oni. Ktoś wyciągnął lornetkę i zaczęliśmy ich obserwować. Szli w odstępach. Jedna trójka już zniknęła za granią, druga dochodziła, inni byli jeszcze dalej... I nagle huk potężny, nie do opisania. Lawina. Wszystko leci. Panika. Nasz opiekun kazał nam natychmiast schodzić w dół (do schroniska nie było daleko, tylko przejść przez Morskie Oko), sam został i wezwał toprowców. Ze schroniska obserwowaliśmy przez lornetkę stok. Zobaczyliśmy, że ktoś schodzi, więc pojawiła się nadzieja, iż może ich to ominęło. A potem warunki bardzo się pogorszyły, zaczął sypać śnieg i pozostało już tylko czekanie. Czekanie jest najgorsze. Lepiej wiedzieć od razu i zacząć żyć z tą wiadomością, próbować się ustawić do nowej sytuacji niż czekać. "Tego nie zapomni się nigdy..." Lawina, która 28 stycznia 2003 zeszła z Rysów porwała siedmiu licealistów z "Kruczka" oraz ich dwóch opiekunów. Przeżyła tylko jedna dziewczyna, która została wydobyta z niewielkimi obrażeniami. Jej kolega, Przemek Kwiecień, był w tak ciężkim stanie, że zmarł w szpitalu po dwóch i pół miesiącu. Prócz nich ratownicy wydobyli tego dnia również ciało 22-letniego Łukasza Matyśkiewicza. Ciała pozostałych ofiar odnaleziono dopiero po ponad trzech miesiącach: 13 maja Szymona Lenartowicza, 5 czerwca Artura Rygulskiego, 7 czerwca Ewę Pacanowską i Andrzeja Matyśkiewicza, 8 czerwca Tomasza Zbiegienia (drugi opiekun), 17 czerwca Justynę Narloch. Nikt się nie spodziewał, że aż tyle ofiar będzie. Ten dzień był po prostu koszmarny, ten i następny i potem całe 5 miesięcy, bo w sumie akcja trwała przez 5 miesięcy. Tego nie zapomni się nigdy - wspomina Maria Łapińska, szefowa schroniska nad Morskim Okiem. "Prawdziwe historie: Cisza" W roku 2010 powstał film fabularny "Cisza" w reż. Sławomira Pstronga w ramach cyklu "Prawdziwe historie", który opowiada o tragedii tyskich licealistów.
„Konie na trasie do Morskiego Oka idą do rzeźni po 11 miesiącach pracy, ale Tatrzański Park Narodowy przymyka oko, bo z transportu konnego ma blisko milion złotych rocznie wpływu do budżetu” - pisze ekspertka z Fundacji Viva! Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! w walkę z transportem konnym do Morskiego Oka w Tatrzańskim Parku Narodowym (TPN) zaangażowała się sześć lat temu. To właśnie od tej sprawy zaczęła się jej przygoda z aktywizmem prozwierzęcym, która ostatecznie skłoniła ją do zarzucenia pracy dziennikarskiej. Właśnie kończy 400-stronicowy raport – pierwsze tak kompleksowe ujęcie sytuacji koni z Morskiego Oka, które obejmuje historię transportu, literaturę naukową, wszystkie ekspertyzy na temat pracy koni i kronikę wypadków na trasie. „Rozmowy z Tatrzańskim Parkiem Narodowym utknęły wiele lat temu w martwym punkcie i mam wrażenie, że to się nie zmieni. Park zarabia na tym transporcie około miliona zł rocznie z licencji wydawanych wozakom na transport konny do Morskiego Oka. To znaczna część budżetu parku” – mówi aktywistka. „Ponadto TPN w ostatnich latach zainwestował wiele w budowanie pozytywnego wizerunku transportu konnego oraz walkę z organizacjami społecznymi, które chcą jego likwidacji i teraz trudno im przyznać, że jednak się mylili. Więc brną w pudrowanie problemu kosztem cierpienia koni, których los wydaje się być dla urzędników powołanych do ochrony przyrody mało istotny, w odróżnieniu od kozic czy niedźwiedzi żyjących w Tatrach” – dodaje. Jak mówi, przez lata wokół transportu konnego do Morskiego Oka narosło wiele mitów. W tekście dla rozprawia się z tym najpopularniejszymi: Mit 1: Regulamin przewozów konnych TPN chroni zwierzęta Prawda jest taka, że regulamin przewozów dopuszcza do przeciążania koni ładunkiem w sposób oczywisty nieodpowiadającym ich sile. A to, zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt, kwalifikuje się jako przestępstwo znęcania się nad zwierzętami. Regulamin mówi, że jednorazowo koń może ciągnąć wóz z 12 pasażerami oraz piątką dzieci do czwartego roku życia, przy nieograniczonej ilości bagaży. Co prawda, norma ta powstała w oparciu o wyliczenia hipologa z tytułem profesora. Ale obliczenia zostały oparte o pomiar sił działających na konie wykonany z tzw. zwanym grubym błędem metody i błędne dane, dotyczące na przykład znacznie zaniżonej wagi wozów. Biegły sądowy przyznał rację Fundacji Viva! co do pomyłek w obliczeniach hipologa. Z poprawnych wyliczeń wynika natomiast, że konie na tej trasie ciągną o co najmniej tonę za dużo w stosunku do swoich możliwości. Czyli – pracują w przeciążeniu, a to jest niezgodne z przepisami ustawy o ochronie zwierząt. Dodatkowo regulamin dopuszcza do pracy konie 4-letnie, czyli zbyt młode, u których nie zakończył się proces kostnienia, a dla których praca w ogromnych przeciążeniach kończy się nieodwracalnymi zmianami w układzie ruchu. Tatrzański Park Narodowy zna treść tej opinii, a mimo to nie zrobił nic, by zapobiec cierpieniu zwierząt. Mit 2: Jeśli zlikwidujemy transport konny do Morskiego Oka, to te konie trafią do rzeźni W rzeczywistości konie już teraz na emeryturę trafiają do rzeźni, a na negatywny wpływ wykonywanej przez nie pracy na ich zdrowie wskazują częste wymiany zwierząt. W 2014 roku konie wycofywane z trasy do Morskiego Oka pracowały na niej średnio 19,9 miesiąca. W 2012 te, które trafiały do rzeźni, pracowały tam średnio zaledwie 11 miesięcy. Z analizy danych Polskiego Związku Hodowców Koni (PZHK) wynika, że od stycznia 2012 do połowy czerwca 2013 roku do rzeźni trafiły 44 konie pracujące w tym miejscu – w tym zwierzęta cztero- i pięcioletnie, czasami po zaledwie kilku miesiącach pracy na trasie. W tym okresie trzy konie umarły, w tym dwa w sierpniu, czyli w szczycie sezonu. To oznacza, że w okresie 18 miesięcy straciło życie 20 proc. zwierząt pracujących na drodze do Morskiego Oka, czyli co piąty koń. Średni czas pracy koni zabitych w rzeźni wynosił 10,8 miesiąca. W 2014 roku średni czas pracy zwierząt wycofywanych z trasy skrócił się z 28 miesięcy w 2013 roku do zaledwie 19,9 miesiąca. Bardziej aktualnych danych nie posiadamy, ponieważ PZHK i TPN od lat skutecznie uniemożliwiają Fundacji Viva! dostęp do tych informacji. Statystycznie wszystkie zwierzęta są wymieniane co pięć lat. Te, które do pracy się już nie nadają, są sprzedawane. Na trasę trafiają kolejne zwierzęta, zwykle zbyt młode, z nieukształtowanym w pełni układem ruchu, co skutkuje jego szybkim wyniszczaniem. I tak spirala cierpienia się nakręca. Warto podkreślić, że Fundacja Viva! już wiele lat temu zadeklarowała, że po likwidacji tego transportu przyjmie pod opiekę wszystkie konie, które w wyniku tej decyzji miałyby trafić do rzeźni, i zapewni im opiekę do ich naturalnej śmierci. Mit 3: Konie są co roku badane, a badania nie wykazują przeciążeń Od wielu lat raz do roku przed sezonem konie z Morskiego Oka są badane przez powołaną do tego celu komisję. W jej skład wchodzą: lekarz weterynarii opłacany przez furmanów, lekarz weterynarii reprezentujący Fundację Viva!, hipolog z TPN i – od dwóch lat – również lekarz weterynarii wskazany przez park narodowy. Należy tu jednak podkreślić, że badania te określają stan zdrowia koni tylko i wyłącznie w dniu badania. W dodatku badania te nie są w naszej opinii wykonywane zgodnie ze sztuką. Monitorujemy je wnikliwie i co roku stwierdzamy szereg nieprawidłowości. Schorzenia układu ruchu są „badane” u zwierząt zaprzężonych do wozów, co uniemożliwia rzetelną ocenę kulawizn. Lekarz weterynarii reprezentująca Vivę! od lat zwraca na to uwagę parku, ale TPN nigdy nie dopuścił do rzetelnego ortopedycznego badania zwierząt. Przykładowo podczas badań w 2019 roku lekarz weterynarii reprezentujący TPN i odpowiedzialny w komisji za badania ortopedyczne koni dopuścił do pracy zwierzę, u którego lekarz weterynarii reprezentująca Fundację Viva! i odpowiedzialna za badanie spoczynkowe wykryła zaawansowaną chorobę zwyrodnieniową układu ruchu. Poza tym zwierzęta są badane w większości po pokonaniu trasy z niepełnym wozem – a często nawet z pustym – co nie odzwierciedla warunków, w jakich konie pracują na trasie każdego dnia. W dniu badań furmani uspokajają tempo jazdy – zamiast pokonywać trasę w około 45 minut, przejazd trwa wówczas od jednej do nawet półtorej godziny. To znacząco wpływa na wyniki i nie pozwala ocenić wpływu codziennej pracy na organizm koni. Wielokrotnie samo badanie wysiłkowe (i – co za tym idzie – również spoczynkowe) było znacznie opóźniane. Powinno je się przeprowadzić maksymalnie do pięciu minut po pokonaniu trasy przez konie, ale zdarzało się, że było wykonywane nawet po około 30 minutach, co uniemożliwia uznanie wyników badań za wiarygodne. Jednak nawet przy takim systemie badań lekarz weterynarii Bożena Latocha, reprezentująca Fundację Viva! w komisji, wielokrotnie zwracała uwagę na to, że wyniki krążeniowo-oddechowe zwierząt wskazują na pracę w przeciążeniu. Warto podkreślić, że tylko lekarz Vivy! co roku porównuje wyniki wysiłkowe i spoczynkowe badania i kompleksowo raportuje kwestie liczby osób na wozie czy czasu pokonania trasy. Wielokrotnie wskazywaliśmy parkowi, jako organizatorowi badań, nieprawidłowości w ich przebiegu, ale uwagi fundacji nigdy nie zostały uwzględnione. Mit 4: Tatrzański Park Narodowy kontroluje transport konny i nie wykrywa nieprawidłowości Kontrole prowadzone przez TPN w większości przypadków dotyczą nieposprzątanych odchodów koni z trasy czy zanieczyszczonych miejsc postoju wozów. Z zebranych przez nas informacji wynika, że jeśli Straż Parku wykrywa nieprawidłowości dotyczące łamania przepisów ustawy o ochronie zwierząt, to nie kieruje do prokuratury zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi. Najlepszym przykładem są tu dwa przypadki z zimy 2016 roku. Raporty z kontroli wykonywanych w tamtym czasie przez Straż trafiły do akt postępowania prokuratorskiego. Po analizie akt biegła sądowa lekarz weterynarii uznała, że w przypadku konia zmuszanego do pracy z pękniętym kopytem oraz zwierząt zmuszonych do trzykrotnego pokonania trasy bez odpoczynku, w tym kłusem na odcinkach objętych zakazem kłusowania, doszło do rażącego złamania przepisów ustawy. Fundacja Viva! zawnioskowała o wszczęcie odrębnego postępowania w tej sprawie, co zakończyło się skierowaniem do sądu aktu oskarżenia. W obu przypadkach Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał, ze doszło do znęcania się nad zwierzętami. Wyrok nie jest prawomocny, a posiedzenie apelacyjne odbędzie się 20 października 2020 r. Udaje się zmieniać świadomość turystów O mitach narosłych wokół transportu konnego w TPN mogłabym pisać jeszcze długo. Ale chyba najważniejsze jest to, że Polki i Polacy coraz rzadziej dają im wiarę i domagają się likwidacji tej archaicznej „rozrywki”. Co więcej – fiakrzy każdego roku skarżą się, że coraz mniej osób chce korzystać z transportu konnego. Zawsze mi się wydawało, że łatwiej jest egzekwować istniejące przepisy, niż zmieniać świadomość społeczną. W tym przypadku okazało się, że jest odwrotnie. W ciągu ostatnich kilku lat udało nam się skutecznie dotrzeć do turystów i przekonać ich, że nie powinno się płacić za cierpienie zwierząt dla własnej wygody. Oponenci twierdzą, że furmani dbają o swoje konie nie rozumiejąc, że nie chodzi tu o zapewnienie zwierzętom dostępu do pokarmu czy wody, ale o przeciążenia, których gołym okiem przecież nie widać.
Chciałam jeszcze raz w tym roku zobaczyć zimę. Taką prawdziwą – z mrozem, ośnieżonymi drzewami i śniegiem skrzypiącym pod stopami. A patrząc na prognozy pogody, na takie warunki mogłam liczyć tylko i wyłącznie w górach i to tych najwyższych. Za cel mojej wędrówki obrałam polskie Tatry, a konkretnie Morskie mam wątpliwości, że trasa z parkingu przy Polanicy Białczańskiej do Morskiego Oka jest jedną z najpopularniejszych i najbardziej obleganych tras nie tylko w Tatrach, ale i we wszystkich polskich górach. Codziennie przewija się tędy kilka tysięcy ludzi. Dla jednych Morskie Oko jest celem samym w sobie. Dla innych tylko przystankiem czy też punktem startowym do rozpoczęcia wędrówki “w prawdziwe góry” – do Doliny Pięciu Stawów przez Szpiglasowy Wierch, na Rysy przez Czarny Staw lub na Mnicha. To tylko lub aż 9 kilometrów. 9 kilometrów, które każdy interpretuje inaczej. Dla jednych jest to przykry obowiązek, dla innych dobra zabawa. Jedni robią wszystko, by jak najmniej się zmęczyć podróżą i korzystają z usług fasiągów, inni też docierają na miejsce ale pieszo na własnych nogach i z uśmiechem na ustach. Ci pierwsi nazywani są wczasowiczami czy też stonką turystyczną, Ci drudzy górołazami lub prawdziwymi turystami. Jedni na drugich marudzą, gdyż taka jest nasza ludzka Oko – wszystko dla ludziMożna nie wiedzieć, że w Polsce znajduje się środek Europy, można nie wiedzieć, gdzie leżą Serniki albo w której części Polski szukać najniżej położonego w naszym kraju punktu, jednak o Morskim Oku słyszał niemal każdy. Od małego dziecka, po najstarszą osobę w kraju. Ponoć 30% turystów przybywających do Zakopanego obiera sobie za cel wycieczki właśnie Morskie mówiąc, mam ambiwalentne uczucia, co do tej trasy. Głównie jej nienawidzę. Za odległość – iść 9 kilometrów, i to głównie szosą asfaltową, pod górę, tylko po to, by dostać się na szlak. Uważam to za absurdalne. Dodatkowo moją frustrację wzmacniają co chwilę przejeżdżające obok mnie samochody z uprawnieniami, które pozwalają im jechać tam, gdzie inni muszą iść. Za ilość ludzi – miejsca na parkingu znikają już od 5 rano, a busy przyjeżdżają co chwila z Zakopanego dosłownie pękają w szwach. Za buractwo – wrzeszczące dzieci, bumboxy, rzucanie niedopałków i papierków po gumach na ziemię czy outdoorową ubikację. Z drugiej strony są zapierające dech w piersiach widoki, łatwa trasa i szarlotka w Oko – historia prawdziwaMorsie Oko to największe jezioro tatrzańskie pochodzenia lodowcowego – jedyne w Polsce, w którym naturalnie występują ryby – pstrągi. Między innymi dlatego obowiązuje tu zakaz kąpieli. Z samym jeziorem zaś związane są liczne legendy np. ta o rzekomym połączeniu Morskiego Oka z Adriatykiem, o czym miały świadczyć wyrzucane na brzeg fragmenty statków czy szkatuły z kosztownościami (co potwierdza, że w każdej legendzie jest cień prawdy, gdyż w XIX i początkach XX wieku po tafli jeziora faktycznie pływały łódki) lub ta o zatopionym szlaku do Morskiego Oka – w przeszłości zwanego Rybim Stawem czy Zieloną Wodą – są tak stare, jak stara jest historia eksploracji Tatr, czyli najstarsi górale już nie pamiętają, kiedy dokładnie wytyczono ten szlak. Wiadomo, że już w średniowieczu do jeziora pod Mięguszowieckimi Szczytami docierały osoby nawet niezbyt zaawansowane w turystyce kwalifikowanej. W owym czasie była to zawrotna liczba 10-12 osób rocznie. Pierwszy opis szlaku oraz samego Morskiego Oka ukazał się w 1815 r. i był autorstwa Stanisława Staszica. Kolejnym potwierdzeniem niewątpliwych uroków tego miejsca jest informacja zawarta w bogato ilustrowanym albumie pokazującym piękno Austro-Węgier pod tytułem “Sto obrazów natury ziem ojczystych”, Wiedeń XIX wieku dobra zakopiańskie, w skład których wchodziło część Tatr, a szczególnie perła w ich koronie – Morskie Oko, były traktowane jako narodową świętością, a przede wszystkim jako niezwykle urokliwe miejsce. Tę narodową świętość należy wziąć w cudzysłów, bo przecież w owym czasie Polska jako samodzielne państwo nie istniało. Dobra zakopiańskie w owym czasie były w rękach wrocławskiego przedsiębiorcy Magnusa Peltz’a. Panu Peltz’owi było jednak bliżej do sarmackiej rozrzutności niż protestanckiego poukładania, w wyniku czego jego finanse przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy, a część majątku trafiła na licytację. Wygrał ją żydowski przedsiębiorca z Nowego Targu – Jacob Goldfinger. Towarzystwo Tatrzańskie wpadło w totalny popłoch i stanęło do walki, licytację udało się unieważnić. Przedsiębiorca jednak nie zrezygnował i przystąpił do drugiej licytacji. Jego przeciwnikami byli: Towarzystwo Tatrzańskie występujące jako Towarzystwo Ochrony Tatr Polskich, pruski hrabia Christian Hohenlohe oraz Polak Władysław Zamoyski. Po zaciętym boju zwycięzcą okazał się ten ostatni. Hrabia Hohenlohe nie złożył jednak broni i starał się udowodnić przynależność Morskiego Oka do Jaworzyny Spiskiej (dzisiejsza Jaworzyna Tatrzańska). Spór nabrał ogromnej mocy i był rozstrzygany przez Międzynarodowy Komitet, w którym jedną stroną były Węgry – jako państwo, a po drugiej stronie Polska… dalej przebywająca pod zaborem austriackim. Batalia trwała na wielu frontach, a jeden z nich możemy podziwiać po dziś dzień – jest to asfaltowa droga prowadząca od Kuźnic do schroniska. Wybudowana została przez Zamoyskiego, który w ten sposób chciał udowodnić przynależność jeziora do Zakopanego – wskazując ową drogę jako jedyne bezpośrednie dojście. Spór został rozstrzygnięty na korzyść Polski i Zamoyskiego w dniu, w który droga została oficjalnie otwarta, czyli 13 września 1902 roku, a bohaterem narodowym został prawnik – Oswald Balzer, którego imię nosi współcześnie szlak prowadzący z Zakopanego do Morskiego Oka. Od tego czasu samochody mogły dojeżdżać pod samo schronisko, parkowano po obu stronach drogi, a w latach 1927-31 na trasie Łysa Polana – Morskie Oko odbywał się wyścig samochodowy – zwany Wyścigiem Tatrzańskim. Swobodne kursowanie pojazdów prywatnych zostało zakazane w 1988 roku ze względu na fatalny stan drogi – liczne obrywy, spadające drzewa i dobro okolicznych zwierząt. Dzisiaj do Morskiego Oka możemy dotrzeć przede wszystkim pieszo, na drugim miejscu są zaprzęgi konne, a na trzecim dostępne tylko dla wybranych uprzywilejowane jeszcze jedna ciekawostka związana z Morskim Okiem. Otóż ponoć podczas jednej (z dwóch) powojennych wizyt w swojej ojczyźnie Wanda Dynowska symbolicznie łączy Polskę z Indiami wlewając do tatrzańskiego jeziora wodę z do Morskiego Oka?Generalnie cały czas prosto, jak prowadzi droga. Od parkingu w Polanicy Białczańskiej do celu, jakim jest Morskie Oko, mamy około dwóch i pół godziny marszu szlakiem zwanym Drogą Oswalda Balzera. Zanim jednak rozpoczniemy naszą wędrówkę musimy kupić bilet, umożliwiający wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Dalej nasza wędrówka zaczyna się łagodnie – droga nieco tylko wznosi się i w zasadzie nie opada w dół, co jest bardzo komfortowe. Do wyboru mamy dwie drogi : “normalną”, która prowadzi cały czas asfaltem lub „skrótową”, czyli korzystającą z 3 przygotowanych skrótów i częściowo omijającą asfalt. Wysiłek, jaki podejmują setki tysięcy turystów, by tu dotrzeć zawsze jest wynagradzany – z tarasu schroniska roztacza się imponujący wręcz widok na majestatyczny kocioł Morskiego Oka ze strzelistymi Oko zimąTrasa do jeziora nie różni się zbytnią latem i zimą. Droga jest tak samo męcząca – latem jesteśmy narażeni na niemiłosierny upał, zimą na lód i zimno. Ubrać należy się odpowiednio do pogody, a najlepiej na cebulkę, by w razie czego móc coś dołożyć lub odrzucić. Zimą musimy jednak pamiętać cały czas o prawdopodobnym zagrożeniu lawinowym, szczególnie przy końcowym odcinku trasy między Polaną Włosienica a Żlebem Żandarmerii. Uważać musimy też kierując nasze kroki ku skrótom, te z racji większego nachylenia, mogą być bardziej oblodzone i śliskie. Dodatkowo dojście do pozostałych szlaków – do Czarnego Stawu czy jeszcze wyżej będzie wymagać od nas użycia specjalistycznego sprzętu, a na pewno raków. Zimą czekają na nas imponujące widoki i (prawdopodobnie) zamarznięta tafla jeziora. Ja bym odradzała wędrówki przez środek Morskiego Oka na drugą stronę, ale śmiałków nie brakuje. Zimą jest też potencjalnie mniej ludzi zarówno na szlaku, jak i w schronisku, o ile nie planujecie posiłku w szczycie obiadowym oraz o ile nie zaplanowaliście wędrówki na weekend, w którym w Zakopanem odbywa się konkurs skoków narciarskich czy inna masowa impreza. Nam mimo sporej ilości chętnych udało się zjeść obiad w schronisku – smażony ser z ziemniakami i surówką oraz szarlotkę na deser. Gorącą herbatę mieliśmy Morskie Oko to miejsce bliskie sercu każdego Polaka. Rozpalają nas wspomnienia zwalający z nóg widoków, dzikich tłumów, rozmowy o sytuacji koni z zaprzęgów czy też ranking tatrzańskich szarlotek. To miejsce, w którym trzeba być choć raz w życiu. Dla mnie to miejsce, z którym mam bardzo miłe wspomnienia i na pewno jeszcze kiedyś tu wrócę!Spodobał Ci się wpis? Masz uwagi? Spostrzeżenia? Zapytania? Jeśli tak, to proszę pozostaw komentarz pod wpisem: to bardzo mobilizuje do ciągłej pracy nad blogiem! Z góry dziękuję! By pozostać na bieżąco z lemurowymi przygodami, śledź lemurowego fanpage’a oraz instagrama (nick: lemurpodroznik)!
«Polska«lubelskie«Krasnystawzmodyfikowano 3 lata temuAugustów Barlinek Bełchatów Biała Podlaska Białogard Białystok Bielawa Bielsko-Biała Biłgoraj Błonie Bochnia Bogatynia Bolesławiec Brzeg Dolny Brzesko Brzozów Buk Busko Zdrój Bydgoszcz Bytom Bytów Chełm Chodzież Chrzanów Ciechanów Ciechocinek Cieszyn Czechowice-Dziedzice Częstochowa Dąbrowa Górnicza Dębica Dzierżoniów Elbląg Ełk Garwolin Gdańsk Gdynia Gliwice Głogów Góra Gorzów Wielkopolski Gostyń Gostynin Grajewo Grodzisk Mazowiecki Grójec Grudziądz Gryfino Iława Inowrocław Jarocin Jastrzębie Zdrój Jaworzno Jelenia Góra Kalisz Katowice Kędzierzyn-Koźle Kętrzyń Kielce Kłodzko Knurów Koło Kołobrzeg Koluszki Konin Koszalin Kozienice Kraków Krapkowice Krosno Krotoszyn Krynica Zdrój Kwidzyn Legnica Leszno Limanowa Łódź Łomża Łowicz Lubań Lubawa Lubin Lublin Lubliniec Łuków Miechów Międzyrzecz Mielec Mława Mrągowo Myślenice Myszków Nasielsk Nowa Ruda Nowogard Nowy Sącz Nowy Targ Nysa Oleśnica Olkusz Olsztyn Opole Opole Lubelskie Ostrołęka Ostrów Mazowiecka Ostrów Wielkopolski Ostrowiec Świętokrzyski Oświęcim Pabianice Piła Piotrków Trybunalski Płock Płońsk Polkowice Poznań Przemyśl Puławy Rabka-Zdrój Racibórz Radom Radomsko Rawicz Ruda Śląska Rumia Rybnik Rydułtowy Rzeszów Siedlce Skarżysko-Kamienna Skierniewice Słupca Słupsk Sochaczew Sokółka Sopot Sosnowiec Śrem Środa Wielkopolska Stalowa Wola Starachowice Starogard Gdański Suwałki Świdnica Świdnik Świecie Świnoujście Szamotuły Szczecin Szczecinek Sztum Tarnobrzeg Tarnów Tarnowskie Góry Tczew Toruń Trzebinia Turek Tychy Ustka Wadowice Wągrowiec Wałbrzych Warszawa Węgrów Wejherowo Wisła Włocławek Włoszczowa Wolbrom Wrocław Września Zabrze Zakopane Zambrów Zamość Żary Zawiercie Zduńska Wola Zgorzelec Zielona Góra Złocieniec Złotoryja Żory Żuromin Żyrardów Żywiec Maciej Zakościelny wyświetleń od 30 sierpnia 2018 27 września 2018, czwartek » 20:0026 września 2018, środa » 09:15, 11:15, 20:0025 września 2018, wtorek » 20:0023 września 2018, niedziela » 20:0022 września 2018, sobota » 18:0021 września 2018, piątek » 18:002018 - Polska, Wielka Brytania reżyseria: Denis Delić scenariusz: Jacek Samojłowicz, Krzysztof Burdza Maciej Zakościelny, Maciej Cymorek, Krzysztof Kwiatkowski, Piotr Adamczyk, Wacław WarchołArchiwum OrganizatoraMaciej Zakościelny, Anna PrusArchiwum OrganizatoraPiotr AdamczykArchiwum OrganizatoraMarianna Januszewicz, Maciej ZakościelnyArchiwum OrganizatoraWiesław Saniewski, Maciej ZakościelnyArchiwum OrganizatoraJacek Samojłowicz, Piotr AdamczykArchiwum OrganizatoraDariusz Toczek, Maciej Zakościelny, Antoni Królikowski, Wacław WarchołArchiwum OrganizatoraJan WieczorkowskiArchiwum OrganizatoraKrzysztof KwiatkowskiArchiwum OrganizatoraPiotr AdamczykArchiwum OrganizatoraSławomir Mandes, Jan Wieczorkowski, Maciej Zakościelny, Nikodem Rozbicki, Maciej Cymorek, Aleksander Wróbel, Antoni Królikowski, Hubert Miłkowski, Krzysztof Kwiatkowski, Wacław WarchołArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraAgnieszka RoseArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraMaciej Zakościelny, Cara TheoboldArchiwum OrganizatoraPiotr Witkowski, Sławomir Mandes, Jan Wieczorkowski, Maciej Zakościelny, Maciej Cymorek, Antoni Królikowski, Cara Theobold, Krzysztof Kwiatkowski, Wacław WarchołArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum OrganizatoraArchiwum Organizatora Balerina9 marca 2017 - jest więcej terminówkinoResident Evil: Ostatni rozdział2 marca 2017 - 20:00jest więcej terminówkinoLEGO BATMAN FILM2 marca 2017 - 14:15jest więcej terminówkinoCiemniejsza strona Greya2 marca 2017 - 17:45jest więcej terminówkinoWielki Mur2 marca 2017 - 16:00jest więcej terminówkinoSztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej9 lutego 2017 - 20:00jest więcej terminówkinoLa La Land9 lutego 2017 - 17:45jest więcej terminówkinoSing2 lutego 2017 - 16:00jest więcej terminówkinoAssassin's Creed26 stycznia 2017 - jest więcej terminówkinoPo prostu przyjaźń19 stycznia 2017 - 14:15jest więcej terminówkinoPowidoki19 stycznia 2017 - 16:30jest więcej terminówkinoKUBO I DWIE STRUNY12 stycznia 2017 - jest więcej terminówkinoŁOTR 1. GWIEZDNE WOJNY - HISTORIE5 stycznia 2017 - jest więcej terminówkinoSully14 grudnia 2016 - 20:15jest więcej terminówkinoVaiana: Skarb oceanu14 grudnia 2016 - 16:15jest więcej terminówkinoInferno14 grudnia 2016 - 18:15jest więcej terminówkinoZaćmakinozmodyfikowano 3 lata temu
morskie oko historia prawdziwa